Prezentowany tomik (tomik?) jest wynikiem zebrania z konsekwencją encyklopedysty zapomnianych karteluszek i szpargałów, z których zlepiono chylącą się ku upadkowi pantagruiczno-gargantuiczną hecę.
Przekręcone, omdlałe myśli. Przeinaczone cytaty. Ogłoszenia, które pozostawiają czytającego z facepalmem na twarzy. Pytania bez odpowiedzi i odpowiedzi bez pytań biją się między sobą o palmę pierwszeństwa. Groteskowe postscripta, michałki i humoreski o wielkim poziomie suchości. Na domiar złego obecne są tu również wygarbowane na wszelki sposób słowa i inne językowe wynalazki, rzadko dające pole do racjonalnej nadinterpretacji. A wszystko to warte jest tyle, co jedno machnięcie psiego ogona. Mówiąc krótko: zapraszam do czytania!
Bęben maszyny rotującej jest pusty, następuje zwolnienie blokady – tytuł jak mantra, jak rozkaz, jak zagadka. To poezja, która wprawia w ruch, a jednocześnie zmusza do zatrzymania. Pulsująca rytmem języka, pełna dadaistyczno-surrealistycznych obrazów i eksperymentalnych form, wciąga w świat, w którym rzeczywistość ulega zniekształceniu, a mechanizmy codzienności nagle się zacinają.
To zapis napięcia między porządkiem a chaosem, kontrolą a utratą równowagi. Język działa tu jak maszyna – precyzyjna, lecz podatna na awarie. Słowa składają się na obrazy, które migoczą w umyśle jak klatki z nieistniejącego filmu. Pomiędzy wierszami rozbrzmiewa echo – zderzenie hałasu i ciszy, ruchu i bezruchu, zimnej techniki i gorącego impulsu twórczego.
To tomik dla tych, którzy szukają poezji innej niż wszystkie. Takiej, która nie podaje gotowych odpowiedzi, lecz otwiera drzwi do nowych przestrzeni – pełnych napięcia, refleksji i nieoczywistych skojarzeń. Wejdź do tej maszyny, poczuj jej rytm i daj się porwać, zanim blokada zwolni na dobre.
Remix literacki pozwalający w przewrotny sposób, bo niemal na nowo, poznać treść najbardziej znanej książki Jamesa Joyce’a pt. „Ulisses”. Kto nie ma czasu na ów epokowe dzieło, czy też w ogóle nie planował jego czytania, może sięgnąć po Streszczenie, lub jeśli odnajdzie w sobie siłę, spróbować stworzyć własne (streszczenie) według metody zaproponowanej przez autora tego paraliterackiego tekstu.
Finneganowizje to projekt polegający na zilustrowaniu każdej strony powieści Jamesa Joyce’a pt “Finneganów tren”. Tom pierwszy pokazuje strony 3-125.
Marcin Karnowski o projekcie Marcina Szmandry:
Słowo brzmi i wygląda. Odległość dzieląca literaturę i plastykę jest wielkością płynną. Granice pomiędzy nimi cechuje umowność i mobilność. W książce standardowej (sic!) aspekt fizjonomii pisma może umknąć naszej uwadze. Istnieją jednak dzieła – niekiedy całe prądy literackie, żeby wymienić choćby poezję konkretną czy liberaturę – które korzystają z wizualnego potencjału słowa/tekstu. Różnorodność relacji pomiędzy obiema
dyscyplinami może wywoływać przyjemne mrowienie u odbiorcy otwartego na niespodziankę. Flirt między tekstem a obrazem przybiera rozmaite formy. Historia literatury zna liczne przypadki niezwykle intensywnej zażyłości partnerów. Niekiedy swatanie odbywa się w ramach współpracy autorów. Twórczą sytuację tego rodzaju spotykamy na przykład w tomiku Juliana Przybosia Z ponad skomponowanego graficznie przez Władysława Strzemińskiego. Owocem innej współpracy malarki z pisarzem jest efektowne dzieło Soni Delaunay i Blaise’a Cendrarsa Proza transsyberyjskiej kolei i małej Żanny z Francji. Bywa, że artysta po prostu wzbogaca tom zaprzyjaźnionego poety; w takich okolicznościach Jan Brzękowski zdołał namówić do współdziałania wybitnych plastyków, Hansa Arpa czy Fernanda Legera.
Czasami korespondencja odbywa się jednak, jeśli tak można powiedzieć, post factum. Komunikat wysłany z jednego źródła inspiruje aktywność innego źródła. Trafiamy wówczas na obraz sprowokowany przez tekst lub tekst nawiązujący do obrazu. Projekt Marcina Szmandry lokuje się gdzieś w pobliżu działania o takim charakterze, ale jednocześnie znacznie je przekracza.
Imponujące rozmachem Finneganowizje to koncept porażający nie tylko ze względu na rozmiary przedsięwzięcia (w założeniu 628 ilustracji). Według powierzchownej, schematycznie powtarzanej opinii Finneganów tren Jamesa Joyce’a uchodzi za dzieło, którego nie da się czytać. Jeśli lektura książki może prowadzić do tak szalonej erupcji natchnień, powiedziałbym, że nie tylko da się ją czytać, ale również, że w swej szczodrości zostawia ona inne powieści daleko w tyle.
Podczas oglądania grafik Marcina Szmandry, zwracają uwagę autentyczny zapał i entuzjazm twórczy. Widać otwartość autora na to, co przyniesie kolejna strona dzieła. Ilustracje zaskakują, zwłaszcza gdy wziąć do ręki książkę i przeczytać odpowiedni fragment. Szmandra wypracował indywidualną stylistykę. Od czasu do czasu, być może, da się dostrzec echa olśniewających wizji Francisa Picabii, ale to raczej intuicyjne przeczucia niżej podpisanego (podobny rodzaj frajdy dostarczało patrzenie na płótna znakomitego francuza), bowiem autor Finneganowizji podąża własną artystyczną drogą.
(Fabularie, nr 1/2013-09-19)
W tomie czeka na Czytelnika ponad setka miniaturowych wierszy, drobnych impresji, fraszek, radosnych aforyzmów i niekonwencjonalnych haiku. To świetna pozycja dla tych, którzy w poezji szukają swobody i swawoli, radości i witalności. Nie inaczej.
Zawarte w tomiku wiersze nie obnażają rzeczywistości, nie wyśmiewają jej. Są bardziej jak szeroki uśmiech kogoś, kogo nieświadome między-zębie wskazuje na wcześniejszy kontakt z zacnie umakowanym precelkiem. Tak, to doskonałe porównanie. A więc — ku radości, hejże ho!
"Harmiderek" to zbiór sześciu krótkich, ociekających absurdalnym i nieokiełznanym humorem opowiadań, które zapadają w pamięć tak, jak zapada klamka decyzyjna nad niesfornymi politykami. Ale o polityce tu ani słowa! Broń boginio! Za to mowa tu o niesfornej nodze, która zakpiła sobie z jednego z pasażerów autobusu, Helmucie-człowieko-psie i zatraconej w świecie dziewczynie co zgubiła swego twinpiksowego pieńka. Jest też krajzi historia z dymem w tle oraz psycho relacja ministra z komputerową przysadką, którego opowieść jest bardziej wściekła niż surrealistyczno-dadaistyczne bizarro. A to dopiero początek. Reszta — zabija na miejscu — nawet Witkacy ze szczotą byłby zawstydzony tak Czystą Formą. Nie ma żartów, więc pytam — jeśli to jest harmiderek, to jak wyglądałby harmider? Może się kiedyś przekonamy. Tymczasem w ręce łap, do oka przyt i start!
Nota wydawcy:
Pragniemy poinformować, że Autor, w obecności trzech świadków, uroczyście poprzysiągł, że już nigdy nie uczyni czegoś podobnego swoim bohaterom ani również nie narazi na szwank zdrowia psychicznego własnych Czytelników. Bierzemy to za dobrą monetę, lecz mimo wszystko ostrzegamy — Czytelnik, biorąc owy tomik opowiadań do ręki, czyni to na własną odpowiedzialność.